Koya - uczta dka fanów buddyjskich świątyń, przyrody i spokoju
W zeszły złoty tydzień wybraliśmy się do Koyasan. Kolejny raz trochę na hurra, jak przyjedziemy, to jakoś to ogarniemy. Kolejny raz zaliczyliśmy tuzin pomyłek. Jednym z większych było wybór miejsca do spania, ale o tym potem.
Teraz siedzę i przeglądam zdjęcia i wszystkie te świątynie zlewają mi się w jedno. Mimo to wypad ten przyniósł też miłe wspomnienia i pozytywne zaskoczenia. Jeśli więc interesują was, niewypolerowane dzienniki podróży, zapraszam do czytania i oglądania fotek.
Może trochę niektórych zaskoczyć, że miejsce, gdzie buddyzm i jego świątynie są tak ważne, stało się skomercjalizowanym źródłem dochodów. Jeśli wybieracie się do japońskich wsi, często trudno znaleźć tam porządną infrastrukturę autobusów, sklepów czy restauracji.
Taki problem nie dotyczy Koyasan. Dojazd tam jest trudny, pociąg, potem kolejka, potem autobus. Jednak zaskakująca jest liczba ofert zniżek i połączonych biletów. My wybraliśmy ten na autobus i kolejkę. Podróż trwa bardzo długo, wynagradzają ją jednak widoki, szczególnie dla osób spragnionych natury. Gdy dojechaliśmy na miejsce, jak zwykle udaliśmy się do informacji turystycznej. Tam kupiliśmy zbiorczy bilet do świątyń i zebraliśmy ulotki. Następnie w klasztorze, który miał nam posłużyć za hotel, zostawiliśmy bagaże do czasu zameldowania.
Zaczęliśmy od bramy Daimon, przy której zatrzymała się grupa motocyklistów. Następnie zaś, spoglądając na mapę, udaliśmy się do miejsc obecnych na zbiorczym bilecie. Daito, Kondo, Kongobuji, Sanktuarium Tokugawa. W internecie należy ściemniać, wykazywać się wiedzą i zachwytem. Ja jednak w czasie wolnym, gdy piszę tego bloga, nie mam ochoty kreować się na kogoś, kim nie jestem. Dlatego, podzielę się rzeczywistością, która nie była tylko różowa.
Wkurzyłam się trochę, że moje buty były dość ciasne. Świetne na długie wycieczki piesze. Gorsze jest, gdy co chwilę je trzeba zdejmować, (do świątyń należy wchodzić w samych skarpetkach). Ja lubię chodzić po starych, często skrzypiących podłogach. Prawdą jest jednak, że jeśli chcecie popatrzeć na świątynie z zewnątrz, możecie to zrobić za darmo. Na bilecie znajdowało się tajemnicze Jukai, które okazało się buddyjską ceremonią odprawianą w Daishi Kyokai. Należy się jednak zapisać na wybrany termin, więc warto się udać tam zawczasu. Partner przez przypadek pomylił bilety i ten uprawniający do jukai, wrzucił do pudełka w świątyni. Uwierzono nam jednak w pomyłkę, dzięki czemu w dwójkę mogliśmy odbyć ceremonię. Obsługa ma bardzo ograniczony angielski, myślę jednak, że da się w nim w miarę dogadać. Ceremonia odbywa się w ciemnym pokoju, gdzie mnich odprawia mantry. Z tego, co zrozumiałam, zachęca się uczestników do rozważania nad swoimi niegodziwościami i bycia bardziej świadomymi w przyszłości. W gruncie rzeczy bardzo przypomina katolickie nabożeństwo, tylko że w miarę krótkie, a ciemność nadaje wszystkiemu otoczkę tajemniczości. Po wszystkim otrzymuje się certyfikat.
Po porządnym zwiedzaniu postanowiliśmy zjeść obiad. Tylko że pojawił się problem. Po pierwsze, większość restauracji serwuje jedzenie, którego nie jestem fanką. Po drugie, ustawiły się do nich ogromne kolejki. Postanowiliśmy kupić szamę w konbini i posilić się na plastikowym stoliku na parkingu.
Kolejny na liście był Okunoin-cmentarz, gdzie pochowani są liczni prominentni mnisi i inne znane osobistości. Dziwnie robić zdjęcia na cmentarzu; do tego, według zasad na większości obiektu jest to zakazane. Na pewno jest to jednak ogromna pokusa. Dzięki ogromnym drzewom i mchowi to miejsce jest niezwykle piękne i niesie spokój ducha.
Jak ta sierota nie zobaczyłam hali z płonącymi latarniami ani studni, w której, jeśli nie zobaczy się odbicia, należy oczekiwać końca żywota w ciągu trzech lat. Jednak podniosłam kamień Mirokuishi, który podobno jest tylko lekki dla dobrych osób. Teraz odkryłam, że kobiety powinny używać prawej ręki, a mężczyźni lewej ręki. Jeśli chcecie poczytać więcej o tym cmentarzu, to po angielsku polecam blog
https://visitjapan-vegetarian.com/okunoin-the-mysterious-center-of-worship-in-koyasan/.
Niestety musieliśmy opuścić Okunoin przed wieczorem, bowiem nasz hostel zamykał się o 20, i nie było potem możliwości wejścia do niego. Po drodze jednak wstąpiliśmy do shintoistycznej świątyni, która mniej chyba najbardziej urzekła:Kiyotaka Inari Shrine.
Wchodzi się do niej pod czerwonymi tori, by dotrzeć do miejsca poza turystami, gdzie dwa przepiękne cedrowe drzewa rosną splątane razem w uścisku.
Wracając do niedogodności hotelu, godzina powrotu była jedną z większych wad.
Pokój był bardzo ładny, niestety bez zasłon, tuż przy lampie, więc całą noc w pokoju było dość jasno. Od tego pobytu zawsze już w podróż biorę opaskę na oczy.
Trudno mi było zasnąć, a kiedy już zaczęłam o trzeciej nad ranem, mnisi zaczęli nawalać w gong. Nasze miejsce było dość tanie, bo można było zamówić je bez posiłku. W większości klasztorów wegetariańskie śniadanie i kolacja są wliczone w pobyt. Ja kuchnię wegetariańską lubię w wydaniu aromatycznym (kuchnia hinduska, tajska itp.). Z tofu nie zaprzyjaźniłam się do dzisiaj. Dlatego te dwa posiłki zaliczyliśmy w konbini.
Następnego dnia, mimo że byłam nieprzytomna, ochoczo zgodziłam się na miniwspinaczkę do ruin Ainoura Guchi Nyonindo, tylko że zgubiliśmy się i nie znaleźliśmy tego miejsca. Więc ostatnim rzutem udałam się zobaczyć pagodę i zaczęliśmy wracać do domu.
![]() |
Czytając ten tekst, może ktoś odniesie wrażenie, że średnio byłam zadowolona z tej wycieczki. Spisując, co mniej więcej robiłam, starałam się opanować chaos naszego wypadu.
Zabrakło w nim jednak czegoś, co jest najważniejsze, przyrody. W maju, gdy wiśnie już raczej nie kwitły, zachwycały glicynie i brzoskwinie. Nie zliczę ile mam zdjęć z dupkami trzmieli w kwiatkach.

Do tego te ogromne drzewa, których czubków nie można dostrzec. Plus świątynie, które największe wrażenie robią nocą, rozświetlając ciemności czerwienią. Wszystko to robi ogromne wrażenie, nawet jeśli takie budowle zdążyły się opatrzyć. Dla mnie mieszkanie w klasztorze okazało się nietrafione, myślę jednak, że dla wielu osób może to być niezwykłe przeżycie. Jeśli zaś należycie do fanów tofu to jest bez wątpienia wycieczka, w której możecie objeść się tym smakołykiem. Myślę więc, że jeśli odwiedzacie region Kansai, Koyasan jest warta zobaczenia, nawet jako jednodniowy wypad. Ja być może, wpadnę tam ponownie kiedyś na jakiś festiwal.

















































